sen.

Zazwyczaj ten rodzaj refleksji nachodzi mnie w drodze, ale dziś towarzyszy mi dokładnie od momentu podniesienia powiek (może wcześniej). Bo śnił mi się taki performance, dziwny i piękny. Biały, smukły, błyszczący manekin na niewielkim podeście. Spot. Grupa aktorów-tancerzy, lekko poruszających się po ciemnej scenie. Ruchy, które wykonywali były emocją, silną i dosadną, bardzo prawdziwą i naturalną. Po kawałeczku niespostrzeżenie odcinali poszczególne elementy manekina. A to dłoń, a to kawałek stopy. Białe części ciała miękko spadały na ziemię i zaraz potem poruszały się w tańcu, z troską trzymane przez tancerzy. Z całej figury pozostało więc niewiele, ale jej kawałeczki w nowych kontekstach nabierały zupełnie nowego, świeżego znaczenia, wcale nie mniej elektryzującego niż ich pierwotna, spójna postać. 

Jak to jest? Na ile jesteśmy trwali? Na ile ten upór i pewność piedestału nas usztywnia i ogranicza? Może dopiero w kontekście otoczenia, stając się jego wyjątkową częścią tak naprawdę nabieramy znaczenia? Doświadczam często, że ludzie odwykli od otrzymywania, od głębszej relacji, od bycia w kontekstach z innymi. Że bliskość jest podejrzana, że wszyscy lubimy manekiny.

Leave a Reply

(c) 2021 Basia Janyga • Wszelkie prawa zastrzeżone