przed pandemią.

Jadę. W przedziale razem ze mną 8 osób, można by powiedzieć skazanych na siebie przez najbliższych kilka godzin. Chłopak przy oknie, młody, z finezyjnie dobranymi do spodenek, żółtymi słuchawkami na uszach. Popija colę. Pani, w marynarskim szaliczku, która najchętniej przesiadłaby się pod okno, ale nie ma jak. Czyta więc gazetę, co jakiś czas smętnie wzdychając. Druga pani – pod oknem – szczęściara! W ręku „dobre rady” i generalnie jakieś takie wrażenie, że opanowała już w praktyce (w końcu siedzi przy oknie!). Zakochana para, uśmiechnięci, energetyczni młodzi ludzie, przygotowani do podróży: film, kanapki, wszystko jakoś tak zgrabnie poukładane. On opiekuńczy, ona uśmiechnięta, no i co najważniejsze – paznokcie zrobione! Pan obok mnie, pechowo, raz go nadepnęłam, raz szturchnęłam i raz popisałam mu rękę długopisem, bo wstał niespodziewanie. Poszedł na korytarz – wkurzył się w końcu, albo zwyczajnie mu gorąco. Wyszedł i już. Pani po mojej lewej wyszła rownież (zastanawiające), choć siedziała cierpliwie dłuższą chwilę. Ja. Ze słuchawkami na uszach i tekstami, po których bazgram, ze skupieniem na twarzy i intensywnym wysiłkiem intelektualnym w tle. No i my wszyscy razem, przez tych kilka godzin. Moglibyśmy pogadać, moglibyśmy zrobić w tym przedziale imprezę życia, zagrać w kalambury, albo opowiadać kawały. Ale każde z nas jest tak mocno w swojej bajce, że nie ma na to przestrzeni, pewnie większość z nas wysiądzie i nie będzie nawet pamiętać. Ile takich osób mijamy na co dzień, ile z nich mogłoby wnieść do naszego życia jakąś wartość swoją obecnością. Nieobecność też wnosi wartość, okej. Nigdy nie wiemy. Nic nie wiemy o sobie nawzajem. Nigdy. Nic. Nie. Wiemy.

Leave a Reply

(c) 2021 Basia Janyga • Wszelkie prawa zastrzeżone